| |
Dżuma w Breslau
[Gazeta Wyborcza Wrocław, 15.10.2007]
Jaka jest piąta powieść Eberhardzie Mocku? Nie ma obawy, trzyma poziom całego cyklu.
Z tego, że Marek Krajewski pisze nową książkę, wydawnictwo W.A.B. aż do chwili jej premiery robiło tajemnicę. To znaczy nie zdradzało, co też to będzie - jakiś kawałek historyczny, może opowiadania współczesne, a może powieść podróżniczo-przygodowa? Wydawało się, że po "Festung Breslau" Krajewski skończył ostatecznie ze swym czterokrotnie już użytym bohaterem - Eberhardem Mockiem, policjantem z przedwojennego Wrocławia.
Jakież było więc zdziwienie, gdy przed paroma dniami ukazała się "Dżuma w Breslau", czyli Mock nr 5. Dlaczego Krajewski ją spłodził? Może na prośby czytelników, a może - nie lękajmy się tego pytania - sowicie mu za nią zapłacono? Trudno tego dociec.
Jaka jest ta książka? Nie ma obawy, Krajewski nie odwalił chałtury na odczepnego. To fachowiec i człowiek solidny. Znalazł nośny pomysł dramaturgiczny (tajne bractwo morderców) i sposób, jak go wygrać. "Dżuma..." trzyma poziom całego cyklu.
Jeśli idzie o chronologię wydarzeń, powieść ma numer 2, rozgrywa się między "Widmami w mieście Breslau" i "Końcem świata w Breslau". Jesteśmy w latach 1923 i 1924 oraz przez moment w 1925, z drobną przerzutką do roku 1913 - Krajewski uwielbia takie czasowe zapętlenia, które są w jego książkach niczym ramy w obrazach.
Mock jest tu jak dotąd ledwie nadwachmistrzem w obyczajówce, choć marzy o policji kryminalnej. Ta wzywa go na konsultację, gdy ktoś zabija dwie wrocławskie prostytutki. Nie tylko zabija, także wyrywa im przednie zęby. Mock włącza się do śledztwa, by odkryć, że sam jest głównym podejrzanym.
W "Dżumie..." czytelnik znajdzie to, co już znamy z poprzednich części cyklu: dawny świat rozłożony na czynniki pierwsze, zmysłowość opisów, jakby autor wpierw osobiście dotknął wszystkiego, co "fotografuje", duszna atmosfera społeczności o wątpliwym morale. A wszystko to ujęte z przepychem cokolwiek barokowym.
Krajewskiego mam w ogóle za autora, który - nim zacznie pisać - musi się doprowadzić do stanu gorączki. Zanurza się w swej rozpalonej wyobraźni, a nawet nurkuje w niej głęboko. Stąd biorą się potem takie plastyczne passusy jak ten o insektach zaludniających więzienną celę albo rozliczne sceny chędożenia, do których Krajewski ma podejrzany - jak ująłby to pewnie doktor Freud - choć w gruncie rzeczy zdrowy pociąg.
Krajewski jest dla mnie - proszę się nie krzywić na porównanie na wyrost - autorem ze szkoły Flauberta. Pisze pewnie z nabrzmiałymi żyłami. Wykonuje ciężką fizyczną pracę - hebluje słowa. Efekty bywają chwilami godne podziwu. Za najlepszy kawałek "Dżumy..." mam narrację o paniach lekkich obyczajów przesiadujących w kawiarni Franka.
Krajewski, choć zwykle aż buzuje od emocji, umie też być zwiewnie dowcipny. "Ja powinienem mieć butelkę w herbie" - woła Mock w jednej z ważniejszych scen powieści. A na stronie 234. pojawia się loża masońska o bardzo aktualnej (przynajmniej literacko) nazwie - Lessing. To ostatnie to jednak nie tyle przejaw dowcipu pisarza, ile jego intuicji.
Przeczytawszy "Dżumę...", zadałem sobie pytanie, czy Krajewski mógł coś w piątym Mocku zmienić (choć ponoć sprawdzonej receptury zmieniać nie należy)? Otóż mógł. Mógł napisać tę powieść w pierwszej osobie, jako monolog Mocka. To jednak zabieg ryzykowny, paru pisarzy się na nim przejechało. Np. Michael Connelly - gdy "dopuścił do głosu" swego seryjnego bohatera Harry'ego Boscha (wcześniej opisywanego w trzeciej osobie), wielu czytelników, w tym niżej podpisany, pomyślało: Ależ banalne są jego myśli! Ależ nijaki jest jego ogląd świata!
I jeszcze jedno, Krajewski nagrał "Dżumę..." na MP3. Można ją więc usłyszeć czytaną jego niskim, studziennym głosem belfra od łaciny (to profesja Krajewskiego), który stara się zahipnotyzować studencką brać, zwłaszcza płci pięknej.

Bezzębne prostytutki w mrokach Breslau
[Życie Warszawy, Artur Górski, 11.10.2007]
W Polsce szaleje dżuma. Dżuma wrocławska - choroba, której skutków na razie nikt nie jest w stanie przewidzieć. Czy najnowsza powieść Marka Krajewskiego osiągnie sukces? To możliwe - pracują nad nim spece od public realtions.
A jednak wszystko okazało się nieprawdą! Marek Krajewski, który niedawno uroczyście żegnał się z przedwojennym Wrocławiem i ze swym bohaterem, komisarzem Eberhardem Mockiem, nagle wycofał się z zamiaru zakończenia serii. Właśnie wydawnictwo WAB, także w uroczystej oprawie, ogłosiło, że na księgarnianych półkach pojawi się nowy tom przygód Mocka pt. "Dżuma w Breslau".
Problemy z zębami
Mock wraca do czasów swej młodości, czyli do lat 20., i jako prosty nadwachmistrz będzie musiał się zmierzyć z makabryczną (jak to u Krajewskiego) zagadką. Okrutny morderca pozbawia dwie prostytutki życia, a dodatkowo - przednich zębów. Na marginesie - w ostatnim czasie ukazał się kryminał amerykańskiej autorki, Gillian Flynn, pt. "Ostre przedmioty", w którym morderczyni dwóch dziewczynek także wyrywa im zęby. Czy mamy do czynienia z nowym literackim trendem: kryminałem dentystycznym?
Pikanterii tej frapującej sprawie dodaje fakt, że trop, zamiast prowadzić do rzeczywistego Złego, kieruje policję do... Mocka. Jak poradzi sobie z tym problemem? Prawdopodobnie tak jak Krajewski, który zmylił czytelnika, wywołując u niego zrozumiały żal po stracie Mocka, a następnie entuzjazm z wskrzeszenia tego niemieckiego funkcjonariusza.
Rynkowa kokieteria
W ogóle można odnieść wrażenie, że nad karierą znakomitego wrocławskiego pisarza zaczęli czuwać spece od PR; że jego kariera przebiega według pewnego, z góry ustalonego planu.
Poprzednia książka "Festung Breslau" wchodziła na rynek z wielką pompą, tym razem sponsorowaną przez wrocławski ratusz - takiej celebry z okazji premiery książki nasz kraj dawno nie widział. Potem rozpętała się czytelnicza histeria związana z rzekomym zakończeniem serii. Ale... Krajewski nigdy tak do końca drzwi nie zamknął, jakby chciał zasugerować swą gotowość do kontynuacji, jeśli takie będzie społeczne zapotrzebowanie. Kiedy stało się jasne, że pisarz coś nam wkrótce zaoferuje, wydawnictwo WAB zaczęło nas kokietować następującymi kwestiami: Czym zaskoczy nas najpopularniejszy dziś w Polsce autor powieści kryminalnych? Czy znów poczujemy mroczny klimat dawnego Wrocławia? A może autor spróbuje swoich sił w innym gatunku? Thriller medyczny? Obyczajowa powieść współczesna? I czy na pewno będzie to powieść? W tym ostatnim pytaniu zawarta była sugestia, że rozmiłowany w antycznych frazach autor podejmie wyzwanie natury poetyckiej, a może wręcz wyda zbiór bukolików.
Jednocześnie gruchnęła plotka, jakoby pisarz porzucił swoje podstawowe zajęcie, czyli posadę uniwersyteckiego wykładowcy filologii klasycznej, by zająć się wyłącznie pisaniem. Zaniepokojone Życie Warszawy zasięgnęło wówczas informacji u Źródła, ale Źródło zdecydowanie zaprzeczyło, zapewniając, że nie pokaże studentom pleców, a literaturę traktuje jedynie jako sympatyczne hobby.
Tropami Chandlera
Tymczasem, w najnowszym "Playboyu" Krajewski oficjalnie ogłosił swój rozbrat z uczelnią i całkowite poświęcenie się pisarstwu. Znów blefował? Zmienił także swój image - zapuścił brodę, przystrzygł włosy, wyszczuplał (czyli zupełnie inaczej niż bohater powieści Marcina Świetlickiego "Dwanaście"), zdjął krawat. I nawet jeśli fizycznie niezupełnie przypomina Chandlera, to stał się o wiele bardziej chandlerowski niż akademicki. Zresztą obecność w "Playboyu" zobowiązuje - wszak kilka stron dalej znalazły się fotogramy roznegliżowanej Dody. Kiedyś papierosa wypalał od święta, teraz pali jak porucznik Borewicz.
Dreszcze zmielone
Co dalej? Czy zobaczymy Marka w czarnym skórzanym płaszczu? Prezentacja książki odbyła się w warszawskiej Fabryce Trzciny na Pradze, czyli w najbardziej wymarzonej scenografii kryminalnej tego kraju. To też chyba nie był przypadek, ale przemyślana decyzja promocyjna.
Cieszy, że niektórzy wydawcy potrafią promować kryminały - tej literaturze naprawdę przyda się umiejętność wywoływania czytelniczych dreszczy. Większość oficyn, które zaniedbują promocji, może pochwalić się jedynie wydrukowaniem nakładu. I zmieleniem go na korzystnych zasadach. A tak jest w przypadku większości rodzimych książek sensacyjnych i kryminalnych. Czy naprawdę o to chodzi?

Pytania do Marka Krajewskiego
[Gazeta Wyborcza Wrocław, 07.10.2007]
Najnowsza książka Marka Krajewskiego, czyli najbardziej tajemniczy z projektów wydawniczych, już jutro ujrzy światło dzienne. Oficjalna premiera nastąpi w warszawskiej Fabryce Trzciny i oprócz tego, że zaproszonych gości obowiązują stroje z lat 20. XX wieku, nic więcej o powieści nie wiadomo.
Niejeden autor może pozazdrościć Markowi Krajewskiemu świetnej promocji książek. W ubiegłym roku "Festung Breslau" znalazło się na billboardach w całej Polsce, przy okazji promując Wrocław, a wydawnictwo W.A.B. z okazji premiery zaprosiło dziennikarzy i recenzentów w podróż po Wrocławiu śladami głównego bohatera Eberharda Mocka. Był rejs statkiem po Odrze i inscenizacje teatralne fragmentów powieści w bunkrze pod pl. Nowy Targ oraz w starej przepompowni na Świątnikach. Takiej promocji do tej pory nie miał żaden kryminał!
Jak się okazuje, nie było to ostatnie słowo wydawnictwa. Najnowszą książkę Krajewskiego promuje... tajemnica. Zamiast okładki - fotografia pisarza i wielki czerwony znak zapytania. Równie enigmatyczny jest sam pisarz - pytany o treść książki zasłania się umową, która nie pozwala mu nawet zająknąć się na ten temat. Samo wydawnictwo także milczy. Tajemnica to świetny zabieg promocyjny. Rośnie bowiem ciekawość czytelników i dziennikarzy. Rośnie też liczba pytań do pana Marka.
O czym tym razem napisał? Czy znów przeniesiemy się do dawnego Breslau? Czy przedstawi nam nowego bohatera, a może kolejny raz będziemy uczestniczyć w śledztwie Mocka? Uważni czytelnicy wiedzą, że autor zostawił sobie taką możliwość. A może Marek Krajewski zerwał z kryminałem? Może sięgnie po powieść grozy? Miał przecież takie projekty, ale z drugiej strony za bardzo lubi Chandlera, by porzucić ot tak sobie ten gatunek... Pytań bez liku - zadajemy je sobie od kilku tygodni w redakcji. Po cichu stawiamy na powrót Mocka. Czy mamy rację Panie Marku? Czy dowiemy się, co przywiodło Eberharda do Nowego Jorku? Czy to dobry trop?
Cóż, musimy zaczekać. Książka w księgarniach będzie już w czwartek, a w sobotę autor będzie odpowiadać na pytania czytelników w Empiku Megastore na wrocławskim Rynku. Początek o godz. 16.15.

|
|