Marek Krajewski

_______  
  Prasa o książce "Głowa Minotaura"

Eberhard Mock znów tropi
[Polska, 04.05.2009]
Choć wrocławski pisarz wielokrotnie zarzekał się, że definitywnie rozstał się z radcą kryminalnym Eberhardem Mockiem, nic przecież nie powstrzyma siły prawdziwej przyjaźni.

Już w środę do księgarń trafi "Głowa Minotaura", szósta już powieść z kolekcji przygód cynicznego gliny z przedwojennego Wrocławia. Pędźcie więc do księgarni, bo to przecież wielkie święta dla wszystkich, którzy nade wszystko lubią smakowite lektury z dreszczykiem i dawką intelektualnych łamigłówek, których dostarcza Mock.

To właśnie on niczym magnes przyciąga do powieści Krajewskiego rzesze wielbicieli. Na tle korowodu policyjnych i detektywistycznych twardzieli, którzy samotnie podejmowali dotąd walkę ze złem tego świata, Mock błyszczy wyjątkową oryginalnością. Cynik i brutal, który równie dobry użytek potrafi zrobić ze swoich pięści, co z ostrego jak brzytwa intelektu, a poza tym niepoprawny kobieciarz, wyrafinowany smakosz i amator mocnych trunków.

I chyba właśnie owo połączenie zwierzęcej siły z zamiłowaniem do gastronomicznych wzruszeń we wrocławskich przybytkach Lukullusa czyni go tak interesującym literackim przypadkiem. "Contraria sunt complementa" (Przeciwnień-stwa się uzupełniają) - oświadczyłby pewnie Mock z zimnym uśmiechem, bowiem oprócz wszelkich atutów ma też w CV studia na fakultecie filologii klasycznej i zapas łacińskich zwrotów na każdą życiową okazję.

Tym razem policyjny taran, nim ruszy do kolejnego zadania, przywdzieje mundur kapitana abwehry. Jest bowiem styczeń 1938 roku, a w Breslau rządzą w najlepsze hitlerowcy. Dlatego Mock, szukając zabójcy znalezionej na dworcu młodej cudzoziemki, będzie musiał sporo kombiniować, aby uniknąć nadzorującej sfory gestapowców, którzy w krwawym mordzie widzą prowokację wymierzoną w III Rzeszę. Bo skąd w jej bagażu wzięła się maszyna do pisania z francuskimi znakami? Ale przecież znów jest w swoim żywiole: szuka mordercy po spelunkach, mrocznych zaułkach, ale też w salonach arystokratów, gdzie kwitną perwersje nie mniej odrażające niż w zwykłych domach rozpusty.

Mock tropi, ale nie odmawia sobie oczywiście życiowych uciech. Bo czymże byłoby popołudnie bez sztuki mięsa ze śląskimi kluskami i porcją modrej kapusty w knajpie Grajecka przy Gräbschenerstrasse, popitych oszronionym pilznerem i okadzonych wonnym cygarem? Albo bez łóżkowych figli w którymś z dobrze mu znanych nadodrzańskich zamtuzów? Ale tym razem śledztwo poprowadzi go także za granice Niemiec, aż do polskiego Lwowa. W egzotycznym dlań mieście pomagać mu będzie komisarz policji Edward Popielski.

I niech się schowają krytykanci, którym uroki Mocka nie w smak. Cóż, z wrocławskim twardzielem albo można się lubić, albo go nienawidzić. "Tertium non datur", czyli jedno z dwojga, jak lapidarnie ujmuje łacina. My wolimy Mocka.

Do dziś książki Krajewskiego rozeszły się w liczbie 75 tys. egzemplarzy

Duch następcy Dashiella Hammetta i Raymonda Chandlera objawił się w nim w 1999 roku.
To właśnie wtedy Krajewski, 33-letni wówczas doktor filologii klasycznej Uniwersytetu Wrocławskiego (tytuł dysertacji: "Prozodia greckich zapożyczeń u Plauta"), wydał "Śmierć w Breslau", pierwszy z serii kryminałów z udziałem Eberharda Mocka.

Mroczna opowieść noir z elementami horroru o skłonnym do życiowych upadków radcy kryminalnym z miejsca podbiła czytelnicze serca i do dziś cykl zaowocował sześcioma tomami. Każdy z nich to hymn pochwalny na temat przedwojennego Wrocławia, z precyzyjnie odtworzoną topografią i obyczajowymi szczegółami. Ale Krajewski ma też na koncie dwie inne kryminalne perły - napisane wspólnie z Mariuszem Czubajem powieści "Aleja samobójców" i "Róże cmantarne", gdzie Mocka zastąpił komisarz Jarosław Pater, współczesny polski gliniarz z Gdańska. Ale jeśli idzie o charaktery - są jak bliźniacy.



Lwowski lifting komisarza Mocka
[Jacek Szczerba, Gazeta Wyborcza, 12.05.2009]
Gdy czytałem nową powieść Marka Krajewskiego, przypomniała mi się sławna maksyma Talleyranda: "Trzeba wiele zmienić, żeby wszystko zostało po staremu.

Bo niby szósty kryminał o komisarzu Eberhardzie Mocku rozgrywa się głównie we Lwowie i w Kattowitz (czyli Katowicach), a nie w przedwojennym Wrocławiu, bo niby pierwsze skrzypce gra w nim nie Mock, lecz lwowski śledczy Edward Popielski, ale to w gruncie rzeczy niewiele zmienia. Gdyż Lwów, tak samo jak wcześniej Breslau, jest opisywany przez Krajewskiego z drobiazgowością zapaleńca przygotowującego się do egzaminu na miejskiego przewodnika, zaś Popielski to taki sam pięćdziesięcioparoletni twardziel, sybaryta, esteta i arogant co Mock. Z tą różnicą, że jest wdowcem, który ma nastoletnią córkę, mieszka z kuzynką, choć z nią nie sypia, jest łysy i cierpi na epilepsję.

Fabuła "Głowy Minotaura" także przypomina, przynajmniej nastrojem, poprzednie tomy o Mocku. W pierwszą noc 1937 r. w hotelu w Breslau zostaje zamordowana młoda dziewczyna, morderca równocześnie ją gwałci (była dziewicą) i wygryza jej zębami kawałek twarzy. Mock - który nie lubi gestapo panoszącego się w policji kryminalnej w Breslau, więc przenosi się do abwery, i ma rangę kapitana - szybko odkrywa, że trop wiedzie śledztwo do polskiego Lwowa.

Jakież to ingrediencje charakterystyczne dla stylu Marka Krajewskiego znajdziemy i w tym dziele? Przyjrzyjmy się dziesięciu z nich.

1. Krajewski nie może się obejść bez perwersji - tu mamy chędożenie z dziwkami w pociągowej salonce, onanizowanie się przy małym dziecku i smarowanie skóry kobiecego łona ałunem, co sprawia, że ta się kurczy i daje pozór dziewictwa.

2. Krajewski lubi również drobiazgowe opisy rozkoszy przy stole, jakby był niespełnionym autorem rubryki kulinarnej; to powód do tego, by lekturę zaczynać blisko kuchni.

3. Choć z drugiej strony apetyt może odebrać pociąg Krajewskiego do dosadności - opisów zmasakrowanych zwłok i wymiotowania na ich widok - a o facetach po pięćdziesiątce potrafi skrobnąć: "Wypchane portfele są ich pryncypium, a pomarszczone robaki w kalesonach jedynym ich zmartwieniem".

4. Ponieważ Krajewski to filolog klasyczny, bez łaciny u niego ani rusz - tym razem częstuje nas paremią: investigo, ergo sum (tropię więc jestem). Jeśli idzie o inne języki, to zajmuje się tu lwowskim dialektem polszczyzny.

5. Krajewski kocha wyszukane słownictwo, choćby: "poruszony akrybią buchaltera". Co znaczy "akrybia"? Odsyłam do słownika wyrazów obcych.

6. Krajewski gustuje w dokładnym podawaniu czasu każdego zdarzenia, na dokładkę robi to w stylu cokolwiek archaicznym - "trzy kwadranse na siódmą rano".

7. Krajewski stara się zawsze o erudycyjne nawiązania. Stąd na kartach tej powieści kawiarnia Szkocka, gdzie bywał Stefan Banach i inni lwowscy matematyczni geniusze.

8. Krajewski to również świadome nawiązania kulturowe. Tym razem wałkujemy mitologiczną opowieść o kreteńskim Minotaurze - mamy zatem wędrówkę w labiryncie i możliwość zastanawiania się na tym, kto jest tu Tezeuszem, a kto Ariadną.

9. Krajewski dba o kunsztowną formę swych powieści. W "Głowie Minotaura" wprowadza ramę narracyjną - z perspektywy roku 1939 opowiedziane są zdarzenia o dwa lata wcześniejsze. Wprowadza także wielotorowość akcji: czasem Mock i Popielski tropią razem, czasem się rozdzielają, bywa, że śledztwo oglądamy z perspektywy paru pomocników Popielskiego.

10. Krajewskiemu zależy głównie na tworzeniu sugestywnej atmosfery. Nie jest z tych autorów kryminałów, którzy - jak Christie - starają się przede wszystkim zająć uwagę czytelnika odgadywaniem, kto zabił, mnożąc przy tym fałszywe tropy.

"Głowa Minotaura" to książka, która smakuje w lekturze, ale jednocześnie prowokuje pytanie, czy szósty tom o Mocku, nawet z lwowskim liftingiem, ma sens. Argument na "tak" sprowadza się do tego, że sięgając po pewnych autorów, robi się to, chcąc powtórzyć przeżytą już kiedyś przyjemność. Czyta się kolejnego Mankella, żeby znów było mrocznie o komisarzu Wallanderze.

Z drugiej strony, gdy Krajewski się powtarza, nieuchronnie traci na sile wyrazu, przez co zbliża się do poziomu swych retrokryminalnych naśladowców (Konrad T. Lewandowski, Marcin Wroński). A przecież w Polsce był w tym gatunku prekursorem.

O temacie powstającej właśnie następnej powieści Krajewski nie chce mówić, ale "Głowa Minotaura" podsuwa w tej materii pewien trop. W jej finale, w maju 1939 r., jedna z postaci staje się prywatnym detektywem.




Z Breslau do Lwowa, czyli kolejna przygoda Mocka
[Gazeta Wyborcza Wrocław, 04.05.2009]

Eberhard Mock znów prowadzi śledztwo. Marek Krajewski w "Głowie Minotaura" udowadnia, że nie tylko potrafi barwnie opisywać niemieckie Breslau. Równie żywo przedstawia międzywojenny Lwów.

Najnowsza powieść Krajewskiego to ukłon w stronę tych czytelników, którzy zarzucali mu gloryfikowanie niemieckiej przeszłości Wrocławia i krytykowali, że symbolem miasta staje się breslauerski policjant - pijak, rozpustnik i obżartuch. Mock nie porzuca oczywiście swoich przyzwyczajeń. Nadal jest mężczyzną rubasznym, lubiącym towarzystwo kobiet lekkich obyczajów, którego znamy z wcześniejszych kryminałów Krajewskiego. W "Głowie Minotaura" zyskuje jednak godnego siebie towarzysza, a później przyjaciela, komisarza Edwarda Popielskiego z lwowskiej policji.

Do tej przyjaźni, zrodzonej ze wspólnoty upodobań i pasji, wiedzie jak zwykle zbrodnia. W Nowy Rok 1937 roku w jednym z wrocławskich hoteli na godziny zostaje znalezione ciało dziewczyny. Zgwałcona panna z wyżartym przez kanibala policzkiem najprawdopodobniej jest Polką. Być może szpiegiem, dlatego rozwiązanie sprawy jej zabójstwa zostaje powierzone kapitanowi Mockowi z Abwery. Skacowany i zmęczony sylwestrową zabawą niechętnie podejmuje trop. Poszukiwania prowadzą go na dworzec główny, gdzie pociągiem ze Lwowa przyjechała ofiara. Mock zostaje wysłany przez zwierzchników do Polski.

Krajewski wykorzystuje różnice w mentalności i kulturze, by wyśmiać kilka polsko-niemieckich stereotypów. Gorzką pigułkę z ksenofobii i pogardy pisarz aplikuje czytelnikom podczas podróży Mocka pociągiem. Niemiecki policjant siedzi w przedziale z polskim małżeństwem z wyższych sfer rozmawiającym po francusku. Korpulentnego współtowarzysza podróży traktują z góry i uważają go za Szwaba.

To właśnie w pociągu relacji Kraków - Lwów poznaje swoje lustrzane odbicie - komisarza Edwarda Popielskiego z lwowskiej policji. Łączy ich wszystko: zamiłowanie do jedzenia i picia, słabość do towarzystwa różnych dziuni, miłość do łaciny, pedantyczna elegancja, a nawet identyczna reakcja na dotykające ich nieszczęścia. Obaj w obliczu tragedii staczają się na samo dno - Mock po stracie żony, a Popielski po zniknięciu ukochanej córki Rity - i obaj są samotnymi mścicielami. Stworzyć bliźniaczą postać i nie zanudzić nią czytelnika to niełatwe wyzwanie. Mock i Popielski tylko na pierwszy rzut oka są jednakowi. Razem rozpoczynają śledztwo w sprawie zabójcy kanibala. Okazuje się bowiem, że morderca, zwany we Lwowie "Minotaurem", popełnił w Polsce dwie identyczne zbrodnie. Piętrowa intryga kryminału przynosi zaskakujące zakończenie. Wprawdzie od początki wiemy, że zabił potwór, któremu nadano imię antycznego potwora z Knossos - półbyka i półczłowieka, to jednak za tą postacią kryje się ktoś bardziej okrutny, a jednocześnie żałosny. Jak Asterion u Jorge Luisa Borgesa, do którego twórczości odwołuje się bezpośrednio wrocławski pisarz - samotny i przerażający. Filolog klasyczny Marek Krajewski proponuje czytelnikowi współczesną reinterpretację mitu o Minotaurze Asterionie.

Wraz z dwoma policjantami zabiera czytelników do "pałacu podwójnego topora", jak nazywano wybudowane przez Dedala labirynty, w których ukrywał się potwór. W tej wędrówce natkniemy się nie tylko na antyczne odwołania i symbole, ale też na obrazy utkane ze wspomnień o przedwojennym Lwowie. Krajewski przywołuje nieistniejący już świat baciarów, lwowskie zaułki, knajpy-mordownie, gdzie przesiaduje półświatek, żydowskie targowiska i śpiewną lwowską gwarę. Bajtlują więc na kartach tej powieści o chawirach, drypciach, dziuniach, pulicajach i paniuńciach, zagryzając makagigi i zapijając harą. W lwowskim "Serwus, panie kolego!", którym witali się lwowscy znajomi mojego dziadka, pobrzmiewała ta miękkość, którą tak udanie odtwarza Krajewski. Przypomina też genialnych lwowskich matematyków: Stefana Banacha i Hugona Steinhausa, których uczniowie kontynuowali we Wrocławiu tradycję lwowskiej szkoły matematycznej. Pisarz nie tylko odtworzył szczegóły topografii miasta, ale również złożoność etniczną i kulturową przedwojennej Rzeczypospolitej. W "Głowie Minotaura" zobaczymy chasydów w ich charakterystycznych strojach oraz zetkniemy się z polsko-ukraińskim konfliktem. Powieść kryminalna nie służy jednak socjologiczno-politycznym obserwacjom, więc siłą rzeczy te przedstawienia są schematyczne i czasem wyidealizowane, a Lwów nadal pozostaje mityczną Arkadią dla tych, którzy po wojnie musieli go opuścić. Krajewski, odmalowując miniony świat, umacnia wyjątkowy związek, jaki łączy przedwojenny Lwów z obecnym Wrocławiem.

© 2009 marekkrajewski.pl_