- fragment książki.
4.
Świat zwraca ci to, co sam mu dasz.
Nadkomisarz wpatrywał się bezradnie w toyotę, która zakaszlała, jakby wydawała ostatnie tchnienie, a następnie rozkraczyła się na środku ulicy.
"Może powinienem być trochę milszy dla tej dziewczyny w biurze podróży", pomyślał Pater. A później przypomniał sobie wyświetlacz telefonu, napis: "Żarówa", i przysłowie, że nieszczęścia lubią chodzić parami. Miał złe przeczucia, a zarazem wiedział, że jest sam sobie winien. Tak. Może powinien być lepszy dla świata, i wtedy świat byłby łaskawszy dla niego.
Zostawił samochód na poboczu niedaleko redakcji "Dziennika Bałtyckiego". Na klawiaturze telefonu wystukał numer znajomego mechanika. Umówili się, że Pater zostawi kluczyki do toyoty w komendzie. Ostatni kilometr do Komendy Wojewódzkiej pokonał pieszo.
Nie spieszył się. Zatrzymał się przy witrynie prezentującej pierwsze strony gazety z Wybrzeża. Przypatrywał się tytułom i zdjęciom, jakby widział je pierwszy raz w życiu. Śmierć Józefa Stalina. Porozumienia sierpniowe komunistów z "Solidarnością". Wizyta papieża na Westerplatte w 1987 roku. Triumf Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich. Katastrofa promu "Heweliusz".
W gabinecie Cichowskiego pragnął znaleźć się jak najpóźniej. Wszedł do baru "Istambuł" i zjadł kebaba. Po raz pierwszy od wielu lat patrzył na Gdańsk jak na obce miasto. Tak jakby przybył w to miejsce z daleka. Na przykład z greckich wysp. W oddali mignęła mu wojewódzka biblioteka. Przypomniał sobie, że kilka lat temu podczas remontu znaleziono w tym budynku, który w czasie wojny był szpitalem, zamurowane zwłoki. Tożsamości mężczyzny pogrzebanego dziesiątki lat temu nie udało się ustalić. Nagle wrócił myślami do ufoludka z tartaku. I poczuł się tak, jakby nigdy nie opuszczał Wybrzeża i nigdy nie miał już tego zrobić.
W przejściu podziemnym, prowadzącym wprost na teren komendy, spojrzał na graffiti przedstawiające parę w namiętnym pocałunku. Minął ponury gmach z ciemnoczerwonej cegły, należący do ABW i kojarzący się z kazamatami. Schody komendy ozdobione były betonowymi kulami, które Wielochowi zawsze przypominały kształt głowy naczelnika Cichowskiego.
Pater wszedł do sekretariatu szefa i spojrzał na panią Marzenkę, sekretarkę, która słynęła ze swoich min, jakimi opisywała wchodzącym aktualny nastrój szefa. Widząc Patera, pani Marzenka podniosła w górę oczy, odsłoniła zęby, a kąciki jej warg zjechały ku brodzie. Miało to chyba znaczyć: "Stary jest wściekły i zdumiony". Nadkomisarz prychnął pogardliwie. Był zdania, że nawet kobiety występujące w filmach porno mają więcej talentu aktorskiego niż sekretarka szefa. Bez pukania wszedł do gabinetu Cichowskiego i głośno - zbyt głośno! - wyrzucił z siebie słowa powitania.
Nikt na nie nie zareagował. Żarówa wydawał pani Marzence przez starożytny interkom polecenie pełnej blokady swojego gabinetu. Jakaś tęga kobieta w wyciągniętym T-shircie biła opuszkami po klawiszach potężnego telefonu komórkowego. Szczupły szpakowaty mężczyzna z bródką a la Jerzy Dudek przeglądał leżące przed nim zadrukowane kartki. Sześćdziesięcioletni - chyba farbowany - brunet pił gorącą herbatę z lekkim świstem. Pater stanął zdumiony. Ludzi tych widział po raz pierwszy w życiu.
- Siadaj, Jarek - mruknął Cichowski. - Kawa? Herbata?
Pater usiadł. Przypomniał sobie smak "Ekspresowej" w woreczkach i cienkiej kawy, po której musiał wydłubywać sobie z zębów kawałki zmielonych ziaren.
- Dziękuję - odparł - za kawę i za herbatę. Czy mógłbym prosić o szklankę wody? - Cichowski posunął w jego stronę kubek z napisem "Kochaj swoją policję" i potężną czaszką odruchowo wskazał plastikową butlę, która spoczywała w wysokim drewnianym stojaku.
Pater nalał sobie wody, lecz jej nie wypił. Brunatna obwódka w niedomytym kubku pomogła mu skutecznie na pragnienie. Wpatrywał się w nią uparcie, prawie nie słysząc, jak komendant przedstawiał zebranym jego osobę. Dotarł do niego jednak komplement: "mój najlepszy oficer śledczy". Następnie Cichowski krótko przedstawił zebranych.
- Pani profesor Artemida Prociw-Bury jest językoznawcą z Uniwersytetu Gdańskiego, pan komisarz Jacek Aleksandrowski jest panu chyba znany, a pan nadkomisarz Zygfryd Marks jest policyjnym psychologiem z Komendy Głównej.
W głowie Patera zapanował mętlik. Poczuł coś w rodzaju przesytu. Artemida Prociw-Bury, Zygfryd Marks... "Za dużo tych osobliwych nazwisk naraz", pomyślał. Spojrzał najpierw na krótko ostrzyżoną siwą panią profesor. Wyciągnięty i sprany T-shirt mocno kontrastował z modnymi okularami o potężnych oprawkach, które zasłaniały jej pół twarzy. Spod spódnicy wystawały stopy w sandałach i w kraciastych podkolanówkach. Zygfryd Marks spojrzał na Patera z powagą spod farbowanych na czarno brwi, na które składały się liczne, długie i poskręcane włosy. Pater odwrócił się do Jacka Aleksandrowskiego i już miał zapytać, gdzie i kiedy się poznali, kiedy ten uprzedził jego pytanie.
- Jestem członkiem kolegium redakcyjnego "Przeglądu Policyjnego". - Musnął swoją bródkę kciukiem i palcem wskazującym. - A pan kiedyś opublikował u nas swój artykuł... Ale w realu widzimy się po raz pierwszy.
Pater postanowił zapytać swoją siostrzenicę o znaczenie wyrazu "real", który jemu samemu kojarzył się z przepłacanymi, narcystycznymi i metroseksualnymi piłkarzami ze stolicy Hiszpanii.
- Zaczynamy. - Cichowski podrapał się po błyszczącym czole. - Komu w drogę, temu trampki parują, jak ja to mówię. Nadkomisarzu Marks, bardzo proszę!
- Tak. - Marks wyjął paczkę papierosów, pokręcił nią po stole i schował z powrotem do kieszeni, widząc surowe spojrzenie pani profesor Prociw-Bury. - Ulica Sobieskiego w Krakowie, drugiego lipca, godzina szósta rano. W przechodniej bramie znaleziono zwłoki dziewczyny. Andżelika Janas, lat siedemnaście, kilkanaście ran nożem. Ostatni raz widziano ją, jak wychodzi z dyskoteki "Afera", aby porozmawiać z kimś przez telefon. Dyskoteka ta jest oddalona o dziesięć minut drogi od miejsca znalezienia zwłok. Na Sobieskiego nikt niczego nie widział. Brak motywu seksualnego. Czy to się panu z czymś kojarzy? - zwrócił się do Patera.
- Mnie się kojarzy dzisiejszy dzień jedynie z piłką nożną - powiedział lekko poirytowany Pater. - Pańskie nazwisko ze świetnym napastnikiem R uchu Chorzów, Joachimem Marksem, a nazwisko tej zamordowanej z byłym trenerem naszej reprezentacji...
- Achim Marks to mój kuzyn ze strony ojca - rozpromienił się czarnobrewy. - Ale pan jest za młody, nie może go pan pamiętać... A zresztą, po co mamy sobie "panować", jeśli mamy razem pracować. Mnie jest Zyga, a jak tobie?
- Jarosław - mruknął Pater, w najwyższym stopniu zaniepokojony zapowiedzią jakiegoś wspólnego działania.
- Ciekawa burza mózgów, panowie - przerwała im pani profesor - ale ja nie mam czasu ani na burzę mózgów, ani na panów bruderszafty.
- Komisarzu Aleksandrowski, bardzo proszę - powiedział Cichowski - panu to na pewno się z czymś kojarzy.
- Tego samego dnia, kiedy znaleziono tę licealistkę - redaktor znów pomasował wypielęgnowaną bródkę - jeden z mieszkańców kamienicy, tej z przechodnią bramą, przypomniał naszym krakow skim kolegom, że w tym samym miejscu przed laty Karol Kot zaatakował jedną ze swoich ofiar. To też była młoda dziewczyna. Wtedy zwrócono się do mnie jako eksperta...
- Komisarz Aleksandrowski - Cichowski wszedł mu w słowo, widząc pytające spojrzenie Prociw-Bury - jest jednym z najlepszych znawców historii polskiej kryminalistyki.
- Wtedy zwrócono się do mnie jako eksperta - powtórzył Aleksandrowski upartym i nieco poirytowanym głosem, jakby nie słyszał pochwalnej opinii z ust komendanta - żebym sprawdził, czy przypadkiem jakieś ostatnio popełnione i niewyjaśnione zabójstwa nie zgadzają się ze sprawami sprzed lat. Tak jak sprawa Andżeliki Janas ze sprawą Karola Kota. Wysłałem mejle do naczelników wydziałów zabójstw na terenie wszystkich województw. Poprosiłem o przysłanie mi danych na temat ostatnich morderstw. Otrzymałem odpowiedzi i zrobiło mi się gorąco. Popełniono bowiem dwa morderstwa, które przypominają zabójstwa sprzed lat. Proszę państwa, być może mamy do czynienia z kimś, kogo w amerykańskiej literaturze na temat seryjnych morderców nazywa się copycat killer .
- Byłbym wdzięczny, gdybyśmy używali polskich określeń i zrezygnowali z nazw, które niepotrzebnie zaśmiecają nasz język. - Irytacja Patera narastała, co nie przeszkodziło mu zauważyć, że językoznawczyni z uniwersytetu przyjęła jego uwagę z aprobatą.
Aleksandrowski zrobił zdumioną minę. Teraz wyglądał jak Jerzy Dudek przepuszczający między nogami piłkę lekko podaną przez własnego obrońcę, w meczu Liverpoolu z Manchesterem United.
- Morderca naśladowca. - Marks wyjął papierosa i włożył go do ust, nie zapalając. - Widziałeś, Jarek, film Psychopata ?
- Nie. Pewnie jakieś kino klasy D z litrami keczupu? - drwiąco odpowiedział Pater.
- Całkiem niezły film. Z Sigourney Weaver, która cierpi na agorafobię, a ma pomóc w schwytaniu psychola. Otóż ten osobnik w filmie - ciągnął Marks - zabijał, powtarzając wyczyny innych morderców. Naśladował swoich idoli. Niektórzy mordercy, zwłaszcza w tej pieprzonej Ameryce, mają status gwiazd rocka czy sportu.
- Ale nasz kraj to nie jest pieprzona Ameryka, jak się pan... jak się wyraziłeś - z niechęcią poprawił się Pater.
- Jesteś w błędzie. - Marks uśmiechnął się. - Nie gniewaj się, ale to nie najlepszy argument. Otóż...
- Przepraszam, przerwę wam - powiedział Cichowski. - Mam zaraz następne spotkanie, o szczegółach pogadacie beze mnie.
- Zaraz, zaraz - myśli Patera wirowały niczym ubranie podczas ostatecznej fazy prania - co to znaczy "pogadacie beze mnie"?
- Widzisz, Jarek - Cichowski poluzował granatowy krawat w myszki miki i rozpiął pod szyją różową koszulę z krótkim rękawem - z tym osobami przy tym stole tworzymy ekipę. Nadkomisarz Marks jest policyjnym psychologiem, który profiluje przestępcę, komisarz Aleksandrowski zna dawne zbrodnie i przewiduje, gdzie ten skurwiel uderzy, a pani bada... Co? Jak to się nazywa?
- Idiolekt i socjolekt mordercy - wtrąciła Prociw-Bury, wyraźnie niezadowolona z pominięcia przez Cichowskiego jej stopnia naukowego. - To znaczy osobniczą, indywidualną odmianę języka oraz ewentualny żargon. Mam pomóc dowiedzieć się na podstawie językowych cech idiolektycznych i socjolektycznych, kim on jest. Na przykład - uśmiechnęła się nieznacznie, widząc nieco zdesperowaną minę komendanta - pan użył, panie inspektorze, substandardowego wyrazu "skurwiel". Użycie to pozwala mi na wyciągnięcie wniosku, że...
Pater nie słyszał dalszego ciągu. Monotonny wywód pani profesor ginął pośród głuchych uderzeń krwi w uszach. "Jesteśmy jedną ekipą. Tworzymy ekipę. Jesteśmy razem, wir sind ein Team , jak krzyczeli niemieccy piłkarze przed meczami na ostatnim mundialu. Ja jednak nie należę do żadnej ekipy", pomyślał, "bo ja z nimi nie zostanę przy tym stole, a oni ze mną nie polecą na Folegandros. Nie obchodzi mnie pogrobowiec Karola Kota". Komórka zawibrowała w jego kieszeni. Przyszedł SMS. Pewnie od Joasi. Nie patrząc na brunatną pręgę na ścianie kubka, Pater wypił duży łyk wody i wstał gwałtownie. Prawie biegiem ruszył do drzwi.
- Wszystkie urlopy odwołane, Jarek! - krzyknął komendant.
Nadkomisarz zdjął dłoń z klamki i odwrócił się gwałtownie do zebranych.
- Wszystkie urlopy odwołane? - Pater zrobił minę podobną do tej, którą niedawno stroiła pani Marzenka, i zaczął syczeć. Jego głos załamywał się ze wściekłości. - A co my tu, w Gdańsku, mamy wspólnego z jakimś krakow skim Karolem Kotem i jakimś krakow skim mordercą naśladowcą? Wszystkie urlopy odwołane? Moi ludzie, Wieloch i Kulesza, nie wyjadą na wczasy ze swoimi rodzinami, bo w Krakowie nastąpiła reinkarnacja Karola Kota?
Cichowski szarpnął krawatem i całkiem go rozwiązał. R ozpiął kolejny guzik różowej koszuli. Obie te części garderoby dostał niedawno od swojego wnuczka na pięćdziesiąte urodziny i traktował je z wyjątkowym pietyzmem. Jednak nie teraz. Skierował się do językoznawczyni i zabrał jej sprzed nosa kartkę. Podszedł do Patera, chwycił go za szyję i obrócił w stronę ściany. Drugą ręką przycisnął do ściany ową kartkę. Na jej brzegach była zaschnięta krew.
- Wiesz, czyja to krew? Dziewczyny z Krakowa, Andżeliki Janas - wysapał i owionął Patera nikotynowym oddechem. - A teraz czytaj to, kurwa! Na głos!
- I kto to wie prócz mnie? Wystarczy Krakowa. Idą wakacje. Pora pooddychać jodem. Tym razem bez atrakcji. Atrakcją będzie śmierć. Odezwę się po swojemu, możecie być pewni - przeczytał nadkomisarz.
- Czytaj czwarte zdanie! - warknął Cichowski.
- Pora pooddychać jodem.
- Jodem, rozumiesz, Jarek? - Cichowski puścił Patera i odwrócił się do okna. - On tego jodu nie kupi w aptece. Już wiesz, dlaczego żaden z pomorskich, żaden ze słupskich, koszalińskich, szczecińskich i gdańskich policjantów nie wyjedzie teraz na wakacje? Ale choćby wszyscy pojechali na Seszele, to ty i tak nigdzie nie pojedziesz, a wiesz dlaczego? Bo będziesz go szukał.
Komendant uderzył ręką w parapet tak mocno, że podskoczyły kwiatki i zabrzęczały talerzyki, które służyły za podstawki pod doniczki. Kraciaste podkolanówki profesor Prociw-Bury zadrżały.
- I ty go, kurwa, znajdziesz!

|